Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Edward Hopper. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Edward Hopper. Pokaż wszystkie posty

czwartek, 1 lutego 2024

Tajemnicze prace Zhang Yingnana: między Friedrichem a Hopperem

Chińscy artyści rzadko zaprzątają naszą wyobraźnię. A przecież wśród nich trafiają się mistrzowie. Aby nadrobić ten brak, dzisiaj chcemy zaprezentować w galerii naszego bloga Zhang Yingnana. Malarz urodził się w górskiej wiosce Baoji w prowincji Shaanxi w 1981 roku i ukończył Wydział Malarstwa Olejnego Akademii Sztuk Pięknych w Xi'an w 2005 roku.

Jego obrazy słusznie porównywane są z dziełami Hoppera, o którym pisaliśmy wiele razy i którego prace inspirowały i nadal inspirują całe pokolenia artystów. Według nas niektóre z nich czasem sięgają jeszcze innych źródeł fascynacji, na przykład romantycznego malarstwa Caspara Davida Friedricha.

 
Freud stwierdził kiedyś w książce Objaśnianie marzeń sennych, że artyści są podżegaczami marzeń sennych - prowokują odbiorcę do aktywnego uczestnictwa w  dziele, uwalniają wyobraźnię, stwarzając przy tym asumpt do snucia kolejnych marzeń. W ten sposób dzieło sztuki, które  jest reprezentacją wewnętrznej podświadomości artysty, wywołuje reakcję na nie u odbiorcy. I temu mogą służyć tajemnicze, bardzo statyczne kompozycje Zhang Yingnana.
 




Zawsze panuje na nich nieopisane poczucie samotności i pewien rys poezji... Zhang Yingnan wierzy, że malarstwo jest lustrem, które zmienia się w zależności od tego gdzie się je przystawi, do jakiej przestrzeni i pod jakim kątem. Wtedy ukaże wnętrze ja, które można zaobserwować i rozpoznać. Używa malarstwa jako narzędzia analizy i zrozumienia siebie. Dla niego malarstwo jest nie tylko nośnikiem komunikacji z innymi, ale przede wszystkim jest realizacją dialogu pomiędzy malarstwem a nim samym. Płaskość kolorów obrazu oraz często pojawiające się w kompozycji poziome i pionowe linie wynikają nie z emocji a raczej z chłodnej kalkulacji. Choć oczywiście uważa, że zanim widz włączy rozum, najpierw oglądając rozum uruchamia wrażliwość i emocje.  Zanim artysta zacznie malować, ma już w głowie scenariusz, który obejmuje fabułę, scenę, światło... Wszystko to co budzi emocje artysty. Warto zauważyć, że poezja w obrazie zamienia się w zimną przestrzeń i ścisłą kalkulację. Właśnie konflikt wrażliwości z racjonalnością jest wyjątkową cechą malarstwa Yingnana.






Zhang Yingnan wierzy w koncepcję życia i śmierci, czyli życia dla śmierci. Sztuka, podobnie jak życie ludzkie, podlega prawom natury od narodzin aż do śmierci. Narodziny nowego stylu w sztuce oznaczają śmierć starego. Zhang Yingnan żyje w zgodzie z naturą. Wyrusza o wschodzie słońca i wraca w to samo miejsce o zachodzie słońca. Bez względu na to, jak bardzo zachłanny jest w odkrywaniu granic sztuki, w końcu powróci do początku, do tego miejsca, od którego rozpoczął swoją artystyczną drogę bo tylko ono naprawdę należy do niego. Czy mimo to artysta odczuwa stratę? Chyba tak. Czuje się, czy nawet widzi owo uczucie smutki i samotności, poczucie wyobcowania, ale także spokoju i powściągliwości, które chyba towarzyszą malarzowi przez całe jego życie. Artysta jest jak reżyser. Każdej scenie którą utrwala na płótnie wtóruje zaraz kolejna, niczym następna klatka. Pusta klatka dodajmy.




Współczesne społeczeństwo stało się coraz wygodniejsze dzięki zmianom technologicznym. Mamy telefony komórkowe i portale społecznościowe online, ale dystans między ludźmi staje się coraz większy- kiedyś zauważył.  W obrazach Zhanga Yingnana postacie nie odgrywają zbyt dużej roli, są powoli w biegiem czasu eliminowane z jego twórczości. Za to  pojawia się pojawia się element symbolizujący równowagę, którą może być jasną linią lub dyskretną figurą geometryczną.

Na pewno jest to ciekawa propozycja artystyczna. Warta obejrzenia.

Czytajcie nas  - codziennie nowy wpis, tego nie znajdziecie w mainstreamie.

wtorek, 7 kwietnia 2020

Tony Nahra: Hopper naszych czasów

Nic nie jest prawdziwe” - twierdzi Tony Nahra - Miejsca, które tworzę, nie istnieją, ale mogłyby, ponieważ świat jest bardzo dziwnym miejscem. Staram się utrzymywać je w nastroju na tyle niejasnym, aby widz mógł dokonać ich własnej interpretacji, pozytywnej lub negatywnej, pełnej nadziei lub jej braku. Urodzony w 1967 roku Tony Nahra jest amerykańskim fotografem. Mieszka i pracuje w Seattle, gdzie prowadzi firmę produkującą meble. Podczas studiów na uniwersytecie pracował jako dziennikarz i fotograf. Przełomem stało się dla niego założenie profilu na Instagramie (LINK). Zamieszczane na nim zdjęcia szybko zostały zauważone i docenione, a on sam zyskał sporą popularność.
 
Tematem jego pracy jest…  No właśnie, co Nahra opowiada nam swoimi zdjęciami? Na swojej stronie internetowej artysta podzielił fotografie na kilka bloków tematycznych:: barracks, warehouse, stairs, lot, framed (koszary, barak, schody, dola, wzięty w ramki). Lecz łączy je jedno - na każdym prawie zdjęciu znajduje się samotna sylwetka mężczyzny, który samotnie przemierza zamgloną, pustą ulicę, kroczy przez ciemne zaułki, wspina się po niekończących się schodach, cierpi w milczeniu na parkingu supermarketu, stoi sam na sam z losem, mierząc się się z ogromnym światem.









Oprócz nich wykonywał zdjęcia, które dałoby się określić pejzażami, lecz tak zniekształconymi, iż wydają się być zrobione obiektywem przez okno w czasie deszczu, a może raczej spoza zasłony smutku… Opustoszałe, ciemne ulice w stonowanych barwach swoim klimatem przypominają dzieła Eduarda Hoppera, o którym pisaliśmy sporo jak również o twórcach, których inspirował TUTAJ. We wszystkich panuje nastrój melancholii i niepokój wywołany samotnością. Może dlatego klimat jego zdjęć jest nam bliski…




Prezentowane zdjęcia pochodzą ze strony Tony Nahra (LINK).


Czytajcie nas - codziennie nowy wpis, tego nie znajdziecie w mainstreamie.

piątek, 17 stycznia 2020

Zdjęcia, które powstały z naśladownictwa malarstwem: inny wymiar sztuki

Żadna forma sztuki nie istnieje w izolacji. Od kina po fotografię i modę - każda z dziedzin sztuk plastycznych zapożycza od siebie nawzajem. To dzielenie się doświadczeniami i inspirowanie jest naturalne. I często na styku różnych rodzajów działań artystycznych dzieją się najciekawsze rzeczy, powstają najbardziej wartościowe obrazy.

Dla przykładu, proponujemy naszym czytelnikom spojrzeć na zdjęcia, które powstały z naśladownictwa malarstwa. Aparat posłużył tu do reinterpretacji klasycznych dzieł, bardzo znanych, które nabrały przez to nowego życia w innym wymiarze.

A zatem po kolei:

Ofelia namalowana przez brytyjskiego malarza Sir Johna Everetta Millaisa zgodnie z fabułą   Hamleta Williama Szekspira, z wdziękiem płynie rzeką tuż przed tym, gdy tonie. Obraz swego czasu wzbudził skandal a przynajmniej wywołał mocne emocje. Nawiązał do nich Gregory Crewdson, który stworzył równie hipnotyzujące dzieło, lecz filmowe. Dziesiątki lat później, w 2012 roku kręcąc dokument o życiu w małym miasteczku w USA zatytułowany Brief Encounters, wykorzystał w jednym z kadrów obraz Millaisa (tutaj trailer  LINK).
Edward Hopper, powszechnie uznawany za najważniejszego malarza realistów Ameryki w  XX wieku, o którym pisaliśmy wielokrotnie TUTAJ  zajmuje obecnie szczególne miejsce w umysłach wielu fotografów.  Zauroczony nim Richard Tuschman stworzył cykl zdjęć o nazwie Hopper Meditations. Każdy z kadrów powstał w wyniku cyfrowego połączenia prawdziwego modela z dioramą wielkości domku dla lalek.
Narodziny Wenus to dzieło włoskiego malarza Sandro Botticellego i jeden z symboli epoki renesansu.  Wyobrażenie bogini miłości na wieki stało się kanonem kobiecej urody i doczekało się licznych naśladownictw. Wśród nich jest wizja fotografa Giuseppe Gradella. Portret jest częścią jego serii zdjęć Italian Renaissance, które opublikował w 2018 r.
Rene Magritte (pisaliśmy o nim TUTAJ)  i zadawane przez niego egzystencjalne pytania, w charakterystycznym, niezwykle minimalistycznym stylu, stały się wzorcem dla wielu fotografów. Jednym z nich jest Logan Zillmer co widać szczególnie na wykonanej przez niego fotografii zatytułowanej Looking for Sun, która bardzo przypomina popularny obraz Magritte'a p.t. Golconda na którym niczym deszcz z nieba spływają mężczyźni w melonikach. Bohaterowie Zillmera za to wstępują do nieba, szukając w nim drugiej strony. A może zostawionych tam meloników?

Flaming June to tytuł arcydzieła Sir Frederica Leightona, które powstało w 1895 roku. Przedstawia młodą kobietę, która śpi obok trującego kwiatu oleandra, co ma podkreślić delikatny związek między snem a śmiercią a może sugerować ostateczność sceny? Wzorując się na nim Annie Leibovitz zrobiła zdjęcie Jessice Chastain (aktorki dwukrotnie nominowanej do Oscara), które ozdobiło okładkę Vogue. Jednak aktora na nim ani myśli spać…

Malarz Egon Schiele, odnosząca sukcesy amerykańska aktorka Julianne Moore i znany niemiecki fotograf Peter Lindbergh specjalizujący się w zdjęciach pokazów mody - to połączenie zaowocowało pastiszem obrazu Seated Woman with Bent Knee.
Frida Kahlo, o której pisaliśmy TUTAJ stała się inspiracją dla szwedzkiego fotografa Fredrika Wannerstedta. Podczas jednej z sesji domu mody odtworzył jeden z najsłynniejszych autoportretów Fridy Kahlo, utrzymanym w równie jaskrawych barwach.

Przytoczone przykłady są hołdem składanym przez współczesnych starym, uznanym twórcom. A jednocześnie wzbogacają tamte dawne dzieła o emocje współczesnych ludzi. Warto samemu spróbować czegoś podobnego, choć na początek odradzamy pastisz Bitwy pod Grunwaldem czy Panoramy Racławickiej. Warto zacząć od czegoś skromniejszego lecz budzącego także mocne uczucia. Wzorowanie się na wielkich artystach może doprowadzić do stworzenia własnych, oszałamiających prac. A przynajmniej oryginalnych. Bo wystarczy trochę wyobraźni, tak jak tutaj:

Autorem powyższego zdjęcia jest jeden z uczniów średniej szkoły w Radomsku (LINK). Oczywiście wszyscy poznajemy pierwowzór upozowania modelki na zdjęciu – jest to słynna Dama z gronostajem Leonarda da Vinci.

Czytajcie nas - codziennie nowy wpis, tego nie znajdziecie w mainstreamie...

piątek, 10 stycznia 2020

Martin Lewis: zgiełk wielkiego miasta i ponury krajobraz metropolii

Wszyscy znają Edwarda Hoppera. Ma on wielu naśladowców, a jego wpływ na sztukę współczesną jest bezsporny (pisaliśmy o tym wielokrotnie TUTAJ). Tymczasem on sam inspirował się pracami artysty, który nie odniósł sukcesu.
 
Martin Lewis zmarł w zapomnieniu w 1962 r. Był imigrantem z Australii, który stworzył ryciny ukazujące życie codzienne Nowego Jorku. Próbował od 1900 r. sił jako samodzielny artysta, lecz czasy Wielkiego Kryzysu przerwały dobrą passę lub raczej odebrały mu szansę na sukces. Stał się mentorem i nauczycielem Edwarda Hoppera, który właśnie u niego nauczył się podstaw wykonywania akwafort. I przejął od starszego kolegi nie tylko to, bo gdy spojrzymy na prace Lewisa widzimy podobny, beznamiętny styl obserwatora, który staje paradoksalnie się przekaźnikiem emocji. Martin doskonale uchwycił zgiełk wielkiego miasta i ponury krajobraz metropolii. Pomiędzy ogromnymi, architektonicznymi, kubicznymi bryłami kręcą się zapracowani ludzie. Są oni samotni tą miejską samotnością, w której mieści się poczucie wyobcowania, wykluczenia i porażki…  Nie ma tu miejsca na marzenia. Zamiast tego widzimy wyizolowane jednostki, które nawet w tłumie nie nawiązują ze sobą kontaktu… Zresztą spójrzmy na kilka grafik Lewisa:










Dzisiaj ryciny Lewisa są coraz bardzie popularne i biją rekordy na aukcjach. Prawie po 50-ciu latach od śmierci artysty odbitka Shadow Dance (na zdjęciu powyżej), została sprzedana za sumę 50.400 $ w Nowym Jorku, ustanawiając rekordową cenę za pojedynczą pracę tego twórcy. Aż trudno uwierzyć, że raptem kilkanaście lat wcześniej nie było chętnego ani na żadną jego odbitkę, ani nawet na ich serię. U nas jednak można je zobaczyć za darmo. A więcej prac Martina Lewisa znajduje się TUTAJ.
Czytajcie nas - codziennie nowy wpis, tego nie znajdziecie w mainstreamie.

wtorek, 15 października 2019

John Register: przestrzenie wielkiego miasta, zmaltretowane życiem i moment śmierci uwięziony na płótnie

Urodzony w 1939 roku John Register nazywany był najważniejszym malarzem Zachodniego wybrzeża Stanów Zjednoczonych.  Najbardziej znany jest ze swoich słonecznych pejzaży miejskich Los Angeles, ukazujących wnętrza ogólnodostępne, publiczne, takie jak poczekalnie, dworce, sklepy i kawiarnie, wszystkie te przestrzenie wielkiego miasta, które - jak powiedział – zostały zmaltretowane życiem.
 

Jego biograf, Barnaba Conrad III napisał o jego obrazach, że są pełne słońca, lecz emanują także samotnością, rejestrują surrealistyczny bezruch, poczucie nieuchronności, moment śmierci uwięziony na płótnie, a jego wizja wyizolowanych ulic, pustych kawiarni, długich cieni, starych hoteli i przystanków autobusowych przedstawia nadciągającą wciąż ciszę, zabarwioną żalem i nadzieją.
 
Krytycy zauważyli, że styl Registera przypomina malarstwo Edwarda Hoppera (o nim i jego naśladowcach pisaliśmy TUTAJ). Jednak on sam stwierdził, że mimo podobieństw, istnieją zasadnicze różnice między nim a Hopperem: Dzięki Hopperowi jesteś świadkiem izolacji innej osoby; a tymczasem ja uważam, że poprzez moje płótna to ty, widz, stajesz się wyizolowany.
 
Melancholijna wymowa jego dzieł najprawdopodobniej wynika z przeżyć samego artysty. Od lat zmagał się on z genetyczną chorobą nerek. W 1994 r. po przeszczepie nerki powiedziano mu, że ma raka i zostało mu od 4 do 6 tygodni życia. Przeżył jeszcze półtora roku i cały czas twórczo pracował. Wykonał wówczas najlepsze, najważniejsze obrazy. Zmarł w 1996 roku w wieku 57 lat… Jego prace z tego okresu zawierają, jak uznał jego biograf wiarę i strach w równych proporcjach. Czy jest tak rzeczywiście? Spójrzmy na nie odpowiedzmy sobie sami na to pytanie:









Wśród obrazów rzeczywiście widzimy jakby kolejne kadry wcześniej pochwycone przez Edwarda Hoppera: puste pokoje i samotnie siedzących tyłem do nas, wpatrzonych w coś, co widzą przed sobą ludzi. Puste przedziały kolejowe. Wnętrza opustoszałych barów, otwartych rano, po nocy znanej z obrazów Hoppera i pojedyncze domy… Czy można znieść jałowe, smutne życie, toczące się w tak smutnych wnętrzach, pomimo słonecznego blasku, jaki je wypełnia? Sam Register uznał, że nie. Po latach pracy w reklamie na stanowisku dyrektora Agencji na Madison Avenue, tuż po swoich 33. urodzinach nagle zdał sobie sprawę, że nie może dłużej znieść takiego życia. Na jednej z narad wstał, oświadczył, że wychodzi do dentysty, opuścił biuro i nigdy nie wrócił. Czasem najlepszym sposobem na zmianę jest wyjście…

Czytajcie nas - codziennie nowy wpis, tego nie znajdziecie w mainstreamie.

Literatura: Conrad Barnaba III, John Register, San Francisco 1989, 110 ss, ISBN-10:0877017018.